Współcześnie termin blackout kojarzy nam się niemal wyłącznie z awarią systemu elektroenergetycznego i brakiem zasilania, ale jego historyczne korzenie sięgają strategii obronnych z czasów II wojny światowej. Wojenne „zaciemnienie” nie było wynikiem braku mocy, lecz celowym działaniem mającym na celu ochronę infrastruktury i ludności podczas nalotów poprzez wyeliminowanie „łuny miejskiej”, która służyła pilotom wroga jako punkt orientacyjny. A wymagało to drastycznych zmian w sposobie zasilania i „sterowania” oświetleniem.

Poza oczywistym wygaszaniem oświetlenia ulicznego modyfikowano oprawy stosując specjalne osłony (maskownice), które kierowały wąski strumień światła bezpośrednio na ziemię i uniemożliwiając jego emisję w górę, a w budynkach stosowano wyłączniki drzwiowe (stykowe), które automatycznie odłączały obwód oświetlenia w momencie otwarcia drzwi zewnętrznych.

Ciekawostką rynkową z tamtego okresu były żarówki produkowane m.in. przez amerykański Westinghouse. Zamiast modyfikować swoje lampy, użytkownik mógł wkręcić w oprawę taką „specjalistyczną” żarówkę zaciemnieniową. Jej bańka była pokryta czarną nieprzezroczystą powłoką, a światło wydobywało się jedynie przez niewielki, matowy punkt na czole żarówki. Dzięki temu oświetlała pomieszczenie bardzo słabo i kierunkowo – na tyle, by dało się poruszać po domu, a jednocześnie dając zbyt mało światła, aby było ono widoczne z zewnątrz.

Co ciekawe, takie żarówki były standaryzowane przez Departament Wojny Stanów Zjednoczonych (jak widać na opakowaniu) i traktowane jak element obrony cywilnej, podobnie jak maski przeciwgazowe czy zaciemniające zasłony.

Po wojnie wiele z nich trafiło do piwnic i warsztatów, gdzie pełniły funkcję oświetlenia kierunkowego i ceniono je za to, że nie oślepiały lub nie zdradzały obecności światła na zewnątrz.

Czarne żarówki zaciemnieniowe (ang. blackout lamps), produkowane masowo podczas II wojny światowej w Europie. Źródło: lighting-gallery.net